Wzrost popularności akumulatorów sprawił, że sól stała się „nową ropą naftową”

Przez ponad sto lat to ropa naftowa napędzała gospodarkę światową i kształtowała geopolitykę. Teraz jeden z najpotężniejszych banków inwestycyjnych świata ogłasza koniec tej epoki – i wskazuje jej następcę. Morgan Stanley w nocie dla klientów zapowiedział nadejście „Nowej Epoki Ropy” – tyle że tą ropą ma być zwykła sól kuchenna.

Od 2% do 37% w dekadę

Powodem jest gwałtowny wzrost popularności baterii sodowo-jonowych, które zamiast drogiego i trudno dostępnego litu wykorzystują pospolity chlorek sodu. Analityk Jack Lu wraz z zespołem prognozuje, że baterie sodowo-jonowe wzrosną z około 2% globalnych wdrożeń w 2027 roku do 20% w 2030 roku i 37% w 2035 roku. To skok, który nadaje soli – jednemu z najtańszych i najpowszechniejszych surowców na Ziemi – zupełnie nowe, strategiczne znaczenie.

Fala inwestycji o wartości 800 miliardów dolarów

Skala prognozowanej transformacji jest ogromna. Morgan Stanley przewiduje, że rynek baterii sodowo-jonowych osiągnie roczną pojemność 830 gigawatogodzin do 2030 roku i 2,4 terawatogodziny do 2035 roku, co będzie wymagać inwestycji o łącznej wartości około 800 miliardów dolarów. Zespół Lu podkreśla, że nie chodzi o „niszowy eksperyment chemiczny”, lecz o realną falę inwestycji towarzyszącą przejściu technologii z fazy pilotażowej do wdrożenia przemysłowego.

Dlaczego akurat sód? Powody są praktyczne i przekonujące. Baterie sodowo-jonowe są o 30–40% tańsze od baterii litowo-żelazowo-fosforanowych i znacznie lepiej radzą sobie w niskich temperaturach. W ekstremalnym mrozie zachowują ponad 90% ładunku, podczas gdy pojemność baterii litowo-jonowych spada o mniej więcej połowę. Dzięki temu – jak przekonuje bank – projekty energetyki słonecznej i wiatrowej staną się opłacalne w północnych regionach, dotychczas uznawanych za ekonomicznie nieatrakcyjne.

Konsolidacja i mniejsze zapotrzebowanie na miedź

Skutki tej zmiany wykroczą daleko poza same baterie. Morgan Stanley spodziewa się, że technologia sodowo-jonowa wywoła konsolidację w branży – tańsze alternatywy oparte na soli mają wyprzeć mniejszych dostawców litowo-jonowych konkurujących wyłącznie ceną, przesuwając udział w rynku na korzyść gigantów takich jak CATL. Bank zwraca też uwagę na efekt uboczny: transformacja mogłaby ograniczyć globalne zapotrzebowanie na miedź o około 200 000 ton metrycznych rocznie.

Za entuzjazmem Morgan Stanley kryje się głębsza logika geopolityczna. Lit pochodzi z nielicznych regionów świata i jest przedmiotem ostrej rywalizacji mocarstw. Sól jest wszędzie – w oceanach, w złożach, na każdym kontynencie. Kraj, który uniezależni swoje magazynowanie energii od importowanego litu, kobaltu i miedzi, zyskuje odporność, o jakiej era ropy naftowej mogła tylko marzyć. Jeśli prognozy banku się sprawdzą, to najbardziej strategicznym surowcem przyszłości może okazać się coś, co od tysiącleci stoi na każdym stole.

/Fot: JJ Harrison//