Europejski przemysł od dwóch lat traci grunt pod nogami – nie z powodu jakości produktów czy braku innowacji, lecz przez coś znacznie bardziej podstawowego: prąd jest tu po prostu za drogi. Teraz UE postanawia zamienić tę słabość w strategię. Kontynent zamierza inwestować ponad 660 miliardów euro rocznie do 2040 roku w gruntowną transformację ku energii elektrycznej i odnawialnym źródłom wytwarzanym u siebie – po to, by obniżyć przemysłowe koszty energii i wreszcie móc konkurować z Chinami i USA.
Nie klimat, lecz przetrwanie przemysłu
To, co odróżnia tę strategię od wcześniejszej polityki klimatycznej, to jej uzasadnienie. Jak opisuje publicysta Reutersa Ron Bousso, inwestycja przedstawiana jest nie jako polityka klimatyczna, lecz jako egzystencjalna konieczność przemysłowa. Po dekadzie wstrząsów energetycznych – od rosyjskiej inwazji na Ukrainę po zamknięcie Cieśniny Ormuz w następstwie uderzeń USA i Izraela na Iran – Europa uznała, że nie stać jej dłużej na zależność od importowanych paliw.
Skala problemu jest wymierna. Ceny energii elektrycznej w Europie są obecnie o około 50% wyższe niż w Chinach i dwukrotnie wyższe niż w USA. Energochłonne sektory – chemia, aluminium, stal, cement – od dawna zmagają się z utratą konkurencyjności, co napędza spowolnienie przemysłowe hamujące europejski wzrost od 2023 roku.
Pierwszy „elektrokontynent” świata
Odpowiedzią Komisji Europejskiej jest plan przekształcenia UE w pierwszy na świecie „elektrokontynent”. Zakłada on podwojenie udziału energii elektrycznej w końcowym zużyciu energii do 46% do 2040 roku oraz zwiększenie udziału źródeł odnawialnych z obecnych około 26% do co najmniej 42,5% do 2030 roku.
Rachunek ekonomiczny jest przekonujący. Bruksela szacuje, że elektryfikacja może przynieść oszczędności rzędu 260 miliardów euro rocznie do 2040 roku na imporcie paliw kopalnych – rachunku, który od kryzysu w 2022 roku wynosił średnio około 450 miliardów euro rocznie. Eurasia Group prognozuje, że jeśli przyrost mocy odnawialnych wyprzedzi popyt, hurtowe ceny prądu w Niemczech mogą spaść do około 60 euro za megawatogodzinę do końca dekady, wobec średnich 90 euro w 2025 roku.
Wyścig o sztuczną inteligencję w tle
Dążenie do taniej energii nabrało dodatkowej pilności z nieoczekiwanego powodu – rywalizacji o infrastrukturę sztucznej inteligencji, która pożera ogromne ilości prądu. USA odpowiadają dziś za ponad połowę globalnych mocy centrów danych, Chiny za 30%, a Europa zaledwie za 12%. Bez taniej energii kontynent nie ma szans nadgonić tego dystansu – bo centra danych powstają tam, gdzie prąd jest tani i pewny.
Strategia ma jednak słaby punkt. Łańcuchy dostaw paneli słonecznych i ogniw akumulatorowych pozostają silnie skoncentrowane w Chinach – co oznacza, że Europa mogłaby uwolnić się od rosyjskiego gazu tylko po to, by uzależnić się od chińskich technologii.
Bruksela chce temu zapobiec, dążąc do tego, by do 2030 roku co najmniej 40% krajowych potrzeb w zakresie czystych technologii pokrywała produkcja europejska. Napotyka jednak zaciekłą konkurencję cenową i opóźnienia w wydawaniu pozwoleń, które od lat są piętą achillesową europejskich inwestycji infrastrukturalnych.
Lekcja pół wieku kryzysów
Za całą tą strategią kryje się jedno przekonanie, wyniesione z dekad energetycznych wstrząsów. Ujął je zwięźle Bousso: „Bezpieczeństwo energetyczne nie może być zlecane na zewnątrz.”
To zdanie oddaje istotę zmiany, jaka dokonuje się w europejskim myśleniu. Przez dziesięciolecia energię traktowano jak towar, który zawsze można kupić – od Rosji, z Zatoki Perskiej, skądkolwiek. Kolejne kryzysy pokazały, jak kosztowna jest ta iluzja. Teraz Europa stawia na energię, którą wytworzy sama, na własnym terenie, z wiatru i słońca – nie dlatego, że to modne, lecz dlatego, że to jedyny sposób, by jej przemysł przetrwał. Transformacja energetyczna przestała być wyborem ideologicznym. Stała się warunkiem gospodarczego przetrwania kontynentu.