Kryzys, który rozgrywa się pod powierzchnią wód, jest jednym z najgroźniejszych i najbardziej niedostrzeganych zjawisk ekologicznych naszych czasów. Dwa niezależne badania naukowe, opublikowane wiosną 2026 roku, składają się na niepokojący obraz: ryby nie tylko masowo wymierają, ale te, które przetrwają, systematycznie się kurczą.
81% spadek w pół wieku
Skala wymierania jest ogromna. Według nowej oceny ONZ, opublikowanej na konferencji CMS COP15 w Brazylii, populacje wędrownych ryb słodkowodnych zmniejszyły się na całym świecie o 81% od 1970 roku. To jeden z najgwałtowniejszych spadków odnotowanych kiedykolwiek dla jakiejkolwiek dużej grupy kręgowców. Raport zidentyfikował 325 gatunków pilnie potrzebujących międzynarodowej ochrony, a spośród 58 gatunków już objętych Konwencją w sprawie gatunków wędrownych aż 97% jest zagrożonych wyginięciem.
Głównym punktem zapalnym jest Azja z 205 zagrożonymi gatunkami. Przyczyny są znane: budowa tam, fragmentacja siedlisk, zanieczyszczenia, przełowienie i zmiany klimatu. „Wiele z największych migracji dzikich zwierząt na świecie odbywa się pod wodą” – powiedział główny autor Zeb Hogan z Uniwersytetu Nevady. „Ta ocena pokazuje, że wędrowne ryby słodkowodne są w poważnych tarapatach.”
Ewolucja, która ratuje ryby, ale niszczy rybołówstwo
Drugie zagrożenie jest subtelniejsze, ale równie groźne. Badanie naukowców z Monash University wykazało, że ryby na całym świecie kurczą się w odpowiedzi na ocieplające się oceany. Mechanizm jest paradoksalny: cieplejsza woda sprawia, że ryby rosną szybciej, ale dojrzewają wcześniej – co zmniejsza ich maksymalne rozmiary.
„Ta ewolucja jest dobra dla ryb, ale zła dla rybołówstwa” – wyjaśnił Craig White z Monash University. Adaptacja pomaga rybom przetrwać, ale drastycznie obniża wielkość połowów. Wcześniejsze modele przewidywały spadek połowów o 14% przy ociepleniu o 2°C. Po uwzględnieniu reakcji ewolucyjnych liczba ta rośnie do 22% – sama adaptacja powoduje straty o połowę większe, niż gdyby ryby w ogóle się nie zmieniały. W badaniu współuczestniczył Jan Kozłowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego, a przewidywania modelu potwierdzają obserwacje kurczenia się łososia atlantyckiego i dorsza bałtyckiego.
Miliardy posiłków, które znikną
Konsekwencje dla ludzi są wymierne i ogromne. W przypadku samego mintaja alaskiego – gatunku podstawowego w Ameryce Północnej – przewidywane straty wynoszą pół miliona ton metrycznych rocznie. „To utrata ponad 1,1 miliarda posiłków wysokiej jakości białka rocznie w konsekwencji wpływu globalnego ocieplenia na zaledwie jeden gatunek” – zauważył David Reznick z Uniwersytetu Kalifornijskiego.
W skali globalnej wędrowne ryby słodkowodne stanowią podstawę największych śródlądowych połowów świata. Same gatunki wędrowne z Amazonii odpowiadają za około 93% połowów w tej zlewni, o wartości 436 milionów dolarów rocznie.
Ekosystemy na krawędzi
Kurczenie się ryb zagraża też samej strukturze podwodnego życia. „Znaczna część tego, co dzieje się w oceanie pod względem tego, kto kogo zjada, opiera się na rozmiarze ciała: duże stworzenia jedzą mniejsze” – ostrzega Joseph Travis z Florida State University. Zmiana rozmiarów może zepchnąć ekosystemy poza punkty krytyczne, do konfiguracji nieodwracalnych. Najgorzej mają wypaść systemy słodkowodne, które ocieplają się szybciej niż oceany.
Rzeki nie znają granic
Jest jednak iskra nadziei. Naukowcy podkreślają, że ograniczenie ocieplenia do 1,5°C mogłoby zachować około 18 milionów ton metrycznych rocznej produkcji rybnej. Ratunek wymaga jednak współpracy ponad granicami – bo wędrowne ryby zależą od długich, nieprzerwanych korytarzy rzecznych, przecinających wiele państw. „Rzeki nie uznają granic – podobnie jak ryby, które od nich zależą” – podsumowała Michele Thieme z World Wildlife Fund. „Kryzys rozwijający się pod powierzchnią naszych wód jest o wiele poważniejszy, niż większość ludzi sobie uświadamia, a czas nam ucieka.”
/Fot: Elliott Lee//